photos travel

Najnowsze

Galeria

Filipiny

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Galeria

Nowa Zelandia

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Nowa Zelandia to byla kolejną wyprawą naszych marzeń. Z Singapuru  do Christchurch lecieliśmy około 10 godzin. Wygląda na to, że to faktycznie jest już koniec świata;) Ze względu na ograniczenia czasowe (jedyne 2 tygodnie urlopu) zwiedziliśmy tylko wyspę południową. Od wielu osób słyszeliśmy, że jest dużo piękniejsza i bardziej „dzika”od północnej i nie zawiedliśmy się.  Praktycznie wszystkie miejsca, które zwiedzaliśmy były cudowne. Większość podróży autem spędziłam z nosem przyklejonym do szyby, wymuszając co chwilę na moim biednym mężu postój,” żeby tylko zrobić zdjęcie”:)

Podróż zaplanowaliśmy w lutym ( który jest ponoć najcieplejszym miesiącem w roku) Zaopatrzyliśmy się w namioty i śpiwory, gdyż w planach mieliśmy głownie spać na darmowych kempingach. Nie przewidzieliśmy jednak, że od strony wschodniej wyspy będzie tak bardzo zimno! Temperatura wahała się tam od 5-18 stopni i na namiot z dzieciakami było zdecydowanie za zimno. Podczas całej podróży spędziliśmy więć pod namiotem zaledwie 3 noce:)

CO ZWIEDZILIŚMY

1) Akaroa- tu można oglądać najmniejsze delfiny świata- Hector Dolphins
2) Mt Somers (tu kręcono część scen z „Władcy, często pada”)
3) Lake Tekapo , Sheperds Church i Lake Pukaki , po drodze jest masę punktów widokowych i malowniczych tras , są zaznaczone na trasie, warto się zatrzymywać
4) Mt Cooc – trasa z Lake Tekapo do MT Cooc jest niesamowita, pod MT Cooc jest darmowy Camping, tuż przy wyjsciu na szlaki, warto tam spędzić parę dni i powędrować
5)Waitaki Valley i Elephant Rocks – tam kręcono sceny z Narni
6)Omarama – Clay Cliffs – kawałek Australii, niedaleko gorące „łaźnie” pod chmurką
7)Oamaru -pingwiny!!! Darmowe, pkty obserwacyjne i odpłatne też
http://www.penguin.net.nz/
8)  Moeraki Bulders
http://www.moerakiboulders.com /
9) Otago Penisula- CUUUDO, tu jest jedna plaża gdzie zawsze wychodzą lwy morskie!, do tego masę fok

10) Queenstown- Paradise- najpiękniejsze miejsce z całej NZ jak dla mnie- można tu wypożyczyć konie i zwiedzać konno, można kąpać się w Diamond Lake
Później gonił nas już czas więc przemknęliśmy koło Lake Wanaka i dalej koło Franz Josef glaciers i do

11) Hokkitika tam są cudne stare lasy i można oglądać ptaka kiwi, wiszący most na trasie do Hokkitika

12) Golden Bay- tu są Te waikoropupu springs!!!! to najszystsza woda na świecie poza Antarktydą!!

17)Kaikoura – Whale Watching -DROGIE!!!! i nie warto samolotem, tylko łodzią, zależy od pogody

18 ) Hammer springs- super gorące źródła, tu nie ma tanich noclegów ale jest jedno miejsce , które oferuje prywatne domki, apartamenty na wynajem za pół ceny, tylko trzeba o sobie posprzątać

Galeria

Bali

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

TEA TIME

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Cameron Highlands jest jednym z najbardziej zachwycajacych miejsc, ktore dotychczas widzialam.  Plantacje herbaty sa tu wprawdzie niewielkie ale i tak zachwycaja widokami i niesamowitym zapachem. Tym razem wybralam sie do Malezji  bez dzieci za to z kolezanka. Calymi dniami wloczylysmy sie po herbacianych polach, zajadalysmy domowymi sconami i opijalysmy herbatka. Udalo nam sie rowniez zobaczyc raflezje- najwiekszy kwiat swiata. Wyprawa do dzungli byla dosyc zabawna. Nasz jeep tanczyl na blotnej drodze i ogolnie cieszylysmy sie,  ze dotarlysmy na miejsce bez szwanku. Pozniej jednak panowie przewodnicy zrobili „wielkie przedstawienie” z „przedzierania sie ”  przez dzungle. Machali maczeta na prawo i lewo, zeby oczyscic ( juz szeroka i parokrotnie tego samego dnia oczyszczana) sciezke z rzekomo nadmiernej roslinnosci. Moze i z tylu wygladalo to imponujaco ale idac tuz za nimi nasmiewalysmy sie z obcinania pojedynczych „biednych” galazek:) Po obejrzeniu/obfotografowaniu raflezji zaliczylysmy jeszcze kapiel pod wodospadem i w drodze powrotnej mala stluczke:) Nasz kierowca wjechal komus z impetem ” w tylek” po czym nie wiedziec czemu rozesmial sie , pomachal biedakowi  i pojechal dalej. Poniewaz poszkodowany tez nie rzucal za nami wyzwiskami domyslam sie, ze obywaj mieli najbardziej wytrzymaly pojazd swiata- samochod firmowy.

TAJLANDIA – wyspa Phuket

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Do Tajlandii wybraliśmy się całą, wielką rodziną- to znaczy my, dzieci , mama i ciocia Pawła. W dni parzyste plażowaliśmy  i basenowaliśmy, w nieparzyste zwiedzaliśmy ( bez Adasia wtedy jeszcze za małego na wycieczke po rzece czy na słoniach)  Wybraliśmy się w rejs szybką łodzią na Phi Phi islands  gdzie Tomeczek pierwszy raz próbował snorkelingu oraz dwukrotnie na safari na słoniach.  Za pierwszym razem bylo fantastycznie, szliśmy sobie po równinie, tudzież w rzeczce, pełen relax. Za drugim razem było hardcorowo.  Safari odbywało się w  górach i przez całą drogę trzymałam z całych sił Tomka i siebie, bo po prostu zlatywaliśmy. Moja wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach projektując obrazki naszych ciał po stratowaniu przez słonika. Do tego słonik miał charakterek. Parę razy postanowił iść w zupełnie inną stronę niż reszta grupy, ni z tego i owego siadał ( wtedy nas nieźle zarzucało) albo zaczynał truchtać ( czy tak to się nazywa u słonia?) i namiętnie trąbił. Ogólnie dziękowałam niebiosom, gdy wycieczka sie zakończyła. Sam ośrodek też nie bardzo mi się podobał. Nie widziałam wprawdzie żeby bito słonie czy coś ale biedną małpkę trzymano na łańcuchu!!!

Z kolejnych atrakcjii  to wybraliśmy się na rejs po rzece w środku jungli podczas ULEWY  🙂  Podobał mi się optymizm moich chłopaków, ktorzy zgodnie stwierdzili , że nawet lepiej, że leje, bo jest bardziej oryginalnie i żbe zawsze marzyli o takiej wyprawie w deszczu.

Ten skrawek Tajlandii, ktory zobaczyliśmy bardzo sie nam spodobał. Ludzie byli przemili i kompletnie nie nachalni (  czego się obawialiśmy po doświadczeniach z  Bali)  Jedzenie było przepyszne  a przyroda tak jak wszędzie w  tych rejonach- dzika, soczysta, zachwycająca. Mieszkaliśmy tuż przy plaży -Kamala gdzie bylo czysto i bardzo spokojnie ( żadnych dyskotek 🙂 )

Jedynym moim zmartwieniem były komary. w Tajlandii oprócz malarii mogą one niestety przenosić  filariozę ( chorobę, która objawia się rozwojem podskórnych wędrujących larw).  Na Phuket nie ma wprawdzie dużego zagrożenia zakażeniem ale jako mama i tak panikowałam, szczególnie, że w naszym hotelu, tuż przy naszych domkach mieliśmy stawek i komarow było sporo:( OFFem latające wywłoki jakoś się specjalnie nie przejmowały.

Ach,  no i struliśmy się porządnie.  Najpierw dorwało mamę Pawła,  potem Tomka, ciocię  i Pawła .  Ja dalej spokojnie się zajadałam, bo jak wszystkim opowiadam mam żołądek z żelaza  a poza tym „złego licho nie bierze”! Powtórzyłam to każdemu po parę razy no i dorwało mnie , chyba najmocniej z wszystkich w dodatku niestety w dzień powrotu. Podróż na lotnisko i dalej lot byly piekłem.  I tyle było z moich przechwałek 🙂  Adaś- twardziel ostał się nietknięty.

JAPONIA

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Japonia była magiczna.Tyle czasu minęło odkąd wróciliśmy a i tak wciąż wspominamy ten wyjazd. Długo się wahaliśmy czy lepiej jechać wiosną ( na kwitnienie wiśni) czy jesienią ( kolory). Ponieważ jednak jaskrawo-żółte i czerwone klony palmowe wydawały mi się bardziej „fotogeniczne” wybraliśmy na podróż jesień.
Jak wiadomo Japonia jest bardzo rozciągnięta, dzięki czemu tzw ” fall colors” można podziwiać w niektórych miejscach ( Hokkaido) już we wrześniu a w innych ( Shikoku, Kyushu) jeszcze na początku grudnia. Najbardziej interesowały nas okolice Kyoto i Tokyo , dlatego wykupiliśmy bilety na listopad. Niezwykle trudno było zorganizować wyjazd do Japonii na budżecie. Dla przykładu koszt połącznia shinkansenem z Tokyo do Kyoto tylko w jedną stronę to około 450 polskich złotych! ( 13,200 Yenów). Ponieważ jednak nawet z Singapuru bilety do Japoni nie są super tanie:) chcieliśmy sporo pozwiedzać. Rozwiązaniem okazało się Japan Rail Pass – jest to rodzaj biletu, który można wykupić na 7, 14 lub 21 dni . Obowiązuje on na prawie wszystkie Shinkanseny i można na nim jeździć po całej Japonii ( od Kiusiu do Hokkaido). Jest to też najtańsza forma zwiedzania, bilet tygodniowy kosztuje 28,300Y, 14 dniowy 45,100Y. JRP nie można jednak kupić w Japonii i nie można być Japończykiem, żeby go nabyć ( biedacy)( więcej info pod adresem; http://www.japan-guide.com/e/e2361.html )
W POGONI ZA KOLORAMI
Po 6 i pół godzinnym locie przylecieliśmy do Tokyo. Niestety w tym roku jest dużo cieplej niż zazwyczaj i drzewa w mieście nie zmieniły jeszcze kolorów. Na szczęście istnieje specjalna strona internetowa, gdzie można sprawdzić stopień nasycenia barw w różnych rejonach Japonii i najbardziej spektakularne miejsca warte odwiedzenia(http://www.japan-guide.com/blog/koyo10/)
A oto miejsca, które podczas naszego pobytu zobaczyliśmy;
1.TOKYO
2.NIKKO i OKUNIKKO
3.FUJI FIVE LAKES i HAKONE
4.KYOTO
5.NARA
6.KURAMA
7.ARASHIYAMA ( storm mountain)

TOKYO
O tym jak bardzo nowoczesne jest Tokyo chyba każdy słyszał(Shinkanseny -pędzące 200 km/h , roboty kierujące ruchem zamiast policjantów , niewrażliwe na wstrząsy drapacze chmur i grające, podgrzewane sedesy). Mi osobiście najbardziej podobały się tu maluteńkie kawiarenki, restauracyjki, butiki. Tu w zasadzie wszystko jest malutkie. Nikogo nie dziwią knajpki z jedynie 4 krzesłami. Dodatkowo w wielu restauracyjkach zamówienia i pieniądze przyjmują automaty z obrazkami, po czym podaje się kelnerowi wydrukowaną karteczkę z japońskimi znakami:) Również Japońska moda jest zadziwiająca, większość dorosłych kobiet nosi kolanówki, słodkie, króciutkie spódniczki, pełno kokardek i falbanek. Mężczyźni mają zdecydowanie mniej fantazji, noszą po prostu garnitury. Na ulicach Tokyo wszechobecne są różnorakie automaty, zdecydowanie dominują te z napojami ale można również spotkać bardziej oryginalne okazy jak automat sprzedający ” jeszcze ciepłe” kobiece majeczki:), zawieszone nad ulicami druty elektryczne  dodają miastu uroku. Tokyo jest niesamowicie zatłoczone, shinkanseny i metro odchodzą co parę minut a i tak czasem trudno się do nich dostać. Ściśnięci przez współpasażerów, wymęczeni Japończycy potrafią spać nawet na stojąco. Wiele osób podróżuje tu rowerami. Widzieliśmy np mamę wiozącą na rowerze dwójkę dzieci ( na oko 4 i 2 lata) Obydwoje maluchy siedziały w specjalnych zabudowanych kabinach ( osłona przed wiatrem i deszczem) starsze z tyłu, młodsze z przodu kierownicy. Trudno było uwierzyć jak ta kobieta utrzymuje równowagę. W Tokyo mieszkaliśmy w dzielnicy Shinjuku, nasz hotelik był mały i tani ale mimo to bardzo czysty i z fantastycznym widokiem z okna. Paweł bardzo chciał spędzić choć jedną noc w hotelu z „szufladami” Jest to rodzaj niedrogiego noclegu gdzie zamiast własnego pokoju, dostaje się wysuwaną szufladę-łóżko. Jak się jednak okazało hotele te zrobiły się dosyć „modne” i musielibyśmy zapłacić więcej niż za nasz wygodny pokoik z łazienką.

PARKI NARODOWE NIKKO I OKUNIKKO
położone są około 130km km od Tokyo i słyną z przepięknych krajobrazów, wodospadów, gorących źródeł i dzikich małp. W samym Nikko znajduje się ponadto kompleks pięciu świątyń i najpiękniejszy, jesienny ogród jaki widziałam Shoyoen Garden ( Co ciekawe Łączony bilet do 4 świątyń, kosztuje mniej niż pojedyńczy bilet wstępu do jednej z nich:) )  Z Tokyo dojechaliśmy do Nikko shinkansenem a następnie przesiedliśmy się na autobus. Po kolejnych 50 minutach byliśmy już w Okunikko-

CHUZENJIKO ONSEN
W samym centrum miasteczka znajduje się przepiękne, otoczone górami jezioro-Lake Chuzenji ( można opłynąć łódeczką , lub objechać rowerem) , gorące źródła a także wodospady Kegon ( jeden z 3 najpiękniejszych w Japonii) i Ryuzu ( znany z jesiennych kolorków). Sama miejscowość jest bardzo malownicza i spokojna. Jest tu dużo uroczych sklepików z pamiątkami oraz pijalni herbaty.

NIKKO. W Nikko najciekawsze są świątynie. Najlepiej jest zrobić pętlę. Trasa zaczyna się przy świętym moście – Shinkyo Bridge, który formalnie jest częścią świątyni Futarasan. My zwiedzaliśmy w następującej kolejności ; Taiyuinbyo, Futarasan, Togoshogu i Rinnoji, tak że na samym końcu dotarliśmy do przepięknego ogrodu Shoyoen. Świątynie są zamykane o 17 a od listopada do marca o 16.

FUJIGOKO – „Ten, kto wspina się Mount Fuji raz jest mądry, kto wspina się dwa razy, jest głupcem”
Było zimno. I to bardzo. U podnóża wulkanu  Fuji ( w okolicy jezior) świeciło wprawdzie słońce i było przyjemnie, gdy jednak wjechaliśmy na Kawaguchiko 5th Station ( wys 2300m) byliśmy kompletnie nie przygotowani na lodowaty wiatr i 2 stopnie celciusza.
Fuji 5 station to najwyżej położone miejsce gdzie można dojechać samochodem/autobusem , dalej można się już tylko wspiąć na szczyt.
Najlepszy okres na wspinaczkę to lipiec i sierpień. Wtedy przyjeżdżają tu tysiące turystów i na szczyt wchodzi się w kolejce! 🙂 (Stąd też to stare japońskie przysłowie )
Na stacji Kawaguchiko można zwiedzić piękną świątynię Komitake Shrine , jest tu też punkt obserwacyjny a także sklepy z pamiątkami gdzie można kupić np powietrze z góry Fuji ( ach ci japończycy!)
HAKONE
W Hakone jest dla turystów wiele atrakcjii- gorące źródła, ogród Botaniczny, Hakone shrine, muzea. My wybraliśmy się na rejs po przepięknym jeziorze Ashi a następnie wjechaliśmy kolejką ( Komagatake Ropeway ) na szczyt aby popodziwiać z góry Park Narodowy Hakone i zobaczyć świątynię. Prawdę mówiąc zbyt wiele nie zobaczyliśmy:) Szczyt osnuwały chmury i widać było tylko na jakieś 5 metrów. Mimo to dzień uznaliśmy za bardzo udany:)

KYOTO jest oddalone o 471 km od Tokyo , odległość którą pokonaliśmy shinkansnem w jedyne 2 i pół godziny. Architektura jest tu zupełnie inna niż w Tokyo ( którego drewniana zabudowa spłonęła dawno temu) Pełno jest malutkich drewnianych domków a ponieważ Kyoto było niegdyś stolicą Japonii, jest też wiele wspaniałych zabytków .
Mieszkaliśmy w fantastycznym guesthousie w samym centrum Kyoto. Było czysto, niedrogo i w japońskim stylu ( przesuwne drzwi , tatami i futony. W hoteliku panowała rodzinna atmosfera a właścicielka mówiła świetnie po angielsku . Kyoto nie jest bardzo duże, najwygodniej więc jest ( naszym zdaniem) zwiedzać je na rowerze.
Do moich ulubionych miejsc w samym Kyoto należały: Nishiki Market , Kiyomizudera ( świątynia znana z ogromnych drewnianych tarasów), Dzielnica gejsz- Gion i Tofukuji Temple ( przepiękne jesienne ogrody).
Nishiki Market to istny raj dla smakoszy. Można tu dostać oprócz pamiątek, surowe ryby na patyku, świeże i kandyzowane owoce morza, jakieś móżdżki i wiele innych ciekawych dla nas przysmaków. Nie muszę chyba dodawać, że Paweł był w siódmym niebie! Gdy tego dnia wróciliśmy do domu właścicielka naszego hoteliku powiedziała nam, że to nic wyjątkowego i że (cytuję ): ” na wyspie Hokkaido to serwują rarytasy! naprawdę świeże owoce morza, najświeższe jak się da, bo żywe! Jesz taką małą ośmiorniczkę i możesz się rozkoszować jak cię łaskocze w podniebienie ”
– ” a co jeszcze jest na Hokkaido?” -zapytałam, jako że początkowo planowaliśmy udać się tam na 2 ostatnie dni
– „nic” 🙂 odpowiedziała.
Tak więc z wyprawy na Hokkaido zrezygnowaliśmy.
NARA
Pierwsza stolica Japonii, położona jest o niecałą godzinkę drogi od Kyoto. Większość dnia spędziliśmy w Nara Park obserwując Jelenie. Są ich tam dziesiątki, leniwie wylegują się w trawce, podchodzą do ludzi licząc na „małe co nieco”. Jako rasowi turyści kupiliśmy dla nich specjalne ciasteczka. I się zaczęło; najpierw podszedł do Pawła jeden jelonek, za chwilkę drugi, potem trzeci a potem to już była ich chmara. Skakały, deptały go, ciągnęły za rękaw. Oczywiście więcej ciastek nie kupowaliśmy 🙂
W Narze odwiedziliśmy też dwa przepiękne ogrody: Isuien Garden i Yoshikien Garden. Były to właściwie jedyne ( podczas naszego pobytu ) miejsca gdzie kolory osiągnęły swoje maximum.

KURAMA

Położona niedaleko Kyoto Kurama znana jest ze względu na świątynię – Kurama dera i gorące źródła.  My znaleźliśmy się tam przypadkiem:) Tego dnia, po zwiedzeniu paru świątyń w samym Kyoto wybraliśmy się rowerami ( 1,30 godz) do Shugakuin Villa ponoć jednego z piękniejszych miejsc w okolicach Kyoto.  Nie spodziewaliśmy się jednak, że aby się tam dostać trzeba odpowiednio wcześniej postarać się o specjalne pozwolenie. Pooglądaliśmy więc sobie słynny cesarski ogród spoza bramy ( faktycznie ładny, tyle co widziałam) i aby nie tracić dnia postanowiliśmy wybrać się do Kuramy. Ponieważ to trochę za daleko jak na rowery, podjechaliśmy na stację z której złapaliśmy jeden z tzw ” romantycznych pociągów”  zwanych tak, ze względu na bardzo malowniczą trasę ( przez lasek praktycznie złożony z różnobarwnych klonów). Nasz pociąg nie był żadnym shinkansenem tylko lokalną  ciuchcią  z wszystkimi napisami stacji po japońsku.  Bylo wesoło!  Po przepuszczeniu jednego pociągu wreszcie dorwaliśmy młodą dziewczynę,  która mówiła po angielsku. Kupiła nam bilety i pokazała palcem na rozkładzie na której stacji mamy wysiąść.  Nie wierzyłam,  że zapamiętam układ znaków, więc po prostu policzyłam stacje.  ( Na szczęście jak się okazało,  jako że konduktor też nie mówił po angielsku:))  Gdy dojechaliśmy na miejsce było już dużo łatwiej – stacja obwieszona była mapkami i ulotkami.  Na początek wspięliśmy się na górę – Kurama a potem do gorących źródeł.  Ponieważ trzeba się  rozebrać do naga, części dla mężczyzn i dla kobiet są przedzielone bambusową matą.  Było zimno – jakieś 3 stopnie Celsjusza a my rozkoszowaliśmy się gorącą wodą – każdy z osobna:)

ARASHIYAMA- STORM MOUNTAINS

Tak właściwie to początkowo nie planowaliśmy odwiedzić Arashiyamy, gdy jednak zrezygnowalismy z podróży na Hokkaido został nam jeszcze jeden wolny dzień.  Na plakacie w Kyoto zobaczyłam przepiękny bambusowy las, sprawdziłam na mapie gdzie on się znajduje i tak oto trafiliśmy do Arashiyamy.  Był to niezapomniany dzień. wędrowaliśmy po górach,  odwiedziliśmy wspomniany lasek i parę świątyń. Zeszliśmy też nad rzekę,  gdzie całkiem niedrogo ( jak na Japonię:) ) wynajęliśmy łódkę i pływając w kanionie podziwialiśmy z niej  jesienne krajobrazy na stokach gór.  Następnie udaliśmy się do Iwatayama oglądać śnieżne małpki.  I tu mieliśmy niespodziankę! Przyzwyczajeni do sympatycznych singapurskich, słodkich makaków z zaskoczeniem przywitaliśmy tabliczki z napisami typu ” don’t stare monkey in the eye „.   Skwitowaliśmy to nawet śmiechem, przecież po to tu przyjechaliśmy, żeby popatrzeć na małpki i je  fotografować!  a przed uroczymi jelonkami z Nary też przestrzegali:) . Po jakiejś pół godzinie  patrzyłam na małpy z pewnym respektem. Wylatywało toto na drogę ,  pokazywało nam ogniście czerwony tyłek a później szczerzyło zęby, oczywiście zmienialiśmy trasę.  Wskakiwały też na drzewa i rzucały w biednych turystów bóg wie czym! Po jakiejś godzince stresującego spaceru  i paru zdjęciach wzięliśmy nogi za pas. Ale nie żałujemy! Nie pogryzły nas , a co zobaczyliśmy to nasze. Wszystkim jednak, ktorzy się tam wybierają radziłabym nie brać ze sobą jedzenia i wyposażyć się w aparat z zoomem 🙂

WIETNAM PÓŁNOCNY

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Podróż do Wietnamu była baaaardzo intensywna. Wybraliśmy się pod koniec marca ( czyli w porze suchej i według internetu już ciepłej na północy) i zaczęliśmy nasze podróże od stolicy skąd po paru dniach przenieśliśmy się do oddalonej o 10 godzin jazdy pociągiem SAPY.
HANOI
Hanoi jest niesamowite! Jak na dawna francuską kolonię przystało bardzo przypomina Paryż. Śliczne wąskie uliczki, francuska architektura, pełno uroczych kafejek i malutkich butków. Tyle, ze to taki Paryz z nutka orientu- sa tu pagody , rikszarze i przesliczne wietnamki w słomianych kapeluszach, które próbują nam sprzedać tropikalne owoce. Do tego jest tutaj niesamowity ruch. Na ulicach jest pełno samochodów i jeszcze więcej motorynek. Czerwone światło nie jest tu nawet sugestią. Panuje jedna główna zasada- przejedzie ten kto ma większy pojazd i gŁośniejszy klakson. Wygląda to mniej więcej tak ; wszyscy wjeżdżają na skrzyżowanie z wszystkich stron razem, i trąbią. Ten kto pierwszy pęknie, ten ustępuje pierwszeństwa.. Oglądając to po raz pierwszy nie mogłam wyjść z podziwu. W dodatku na jednej motorynce jadą np 3 dziewczyny i bobas w wieku Adasia na kierownicy. Nie mogę pojąć jakim cudem cały ten naród nie wyginął jeszcze w wypadkach drogowych!! Widzieliśmy też niewidomego, który przechodzil przez główną ( baaaardzo ) ruchliwą ulicę. Po prostu wszedł między auta ( I jakoś nikt się nie zatrzymał, zwalniano , trąbiono , omijano) i PRZEŻYŁ!!!! A my dobre 10 min zbieraliśmy się na odwagę, żeby spróbować przekroczyc jezdnię. Kolejny przykład-chłopczyk na oko 5 lat ( jak Tomek) wyciągnął rękę w stronę samochodów ( iście mocarskim gestem) i wskoczył między nie!!! Obydwoje z Pawłem stwierdziliśmy, że miał chłopak jaja. W odróżnieniu od większości Azji jest też tu bardzo czysto. Niestety w powietrzu unosi sie mase spalin ( używają tu ołowiówki) tak więc wiele osób nosi maseczki. W okolicach Hanoi znajduje się bardzo wiele turystycznych atrakcji. My zwiedziliśmy; Halong Bay, Tam Coc, Perfume Pagoda . W samym Hanoi nie ma zagrożenia malarią.
HALONG BAY jest przepiękną zatoką oddaloną o jakieś 3 i pół godz jazdy od Hanoi. Najłatwiej i najtaniej ją zwiedzić wykupując ( wstyd przyznać) wycieczkę. Jest dużo biur organizujących tam rejsy i naszym zdaniem nie różnią się one jakością a jedynie ceną. My dla przykładu kupiliśmy jedną z tańszych wycieczek i byliśmy na łodzi z ludźmi którzy zapłacili 4 razy drożej od nas ale i takimi, którzy zapłacili mniej 🙂 (przy czym mieliśmy takie same pokoje i takie samo jedzenie). Podczas 2dniowego rejsu pływaliśmy kajakami, zwiedzaliśmy jaskinie i pływające wioski. Te ostatnie wywarły na nas największe wrażenie. Domki pomalowane były bardzo kolorowo i zaledwie 2 letnie dzieciaczki z wprawą wskakiwały na łodzie.
TAM COC – opisywane jest jako „Halong Bay na lądzie”. Tu też dominują wspaniałe skałki, tyle że wkomponowane pomiędzy pola ryżowe, wioski rzeczki. Najpierw odwiedziliśmy Hoa Lu ( dawną siedzibę dynastii Dai Co) i stamtąd na rowerach pojechaliśmy do Tam Coc. Widoki zapierały dech w piersiach:) Najprzyjemniejszą część wycieczki stanowiła jednak 2 godzinna podróż łodzią po rzece. Nasza wioślarka ( jak większość w Wietnamie) używała do wiosłowania stóp. Tą samą rzeczką poubierane w mundurki dzieciaki wracały ze szkoły do domów.
PERFUME PAGODA To takie miejsce w górach okolo 65 km od Hanoi. Sama świątynia nie zrobiła na nas dobrego wrażenia ( brudno, nie widać żadnych widoczków bo wszystko zasłaniają kiczowate stoiska jarmarczne) , natomiast kolejna podróż łodzią po rzece- jak najbardziej. Koło Perfume Pagoda można sobie pooglądać smalone i powieszone na hakach pieski, kotki wiewiórki itd…
SAPA
Tak naprawdę to całą podróż do Wietnamu organizowałam ze względu na Sapę. Wybraliśmy marzec bo to ponoć idealna pora (pora sucha, najwięcej dni słonecznych, ciepło ale nie gorąco) Zaopatrzyliśmy się w leki przeciwmalaryczne , krótkie spodenki, krem z filtrem a tu… SPADŁ ŚNIEG:) Ponoć od 10 lat nie było tu w marcu takiej pogody. Było zimno i deszczowo. Mgła była tak gęsta, że nie widać było prawie nic. Pierwszy dzień spędziliśmy więc siedząć przy kominku w naszym pokoiku, popijając wino ( prezent od gospodarza) i zaśmiewając się z naszych leków na malarię i z tego, że nigdy byśmy nie zgadli, że odmrozimy sobie siedzenia w WIETNAMIE:) Następnego dnia jakby troszkę się przejaśniło a od jeszcze następnego już na dobre wyszło słońce, mogliśmy więc rozpocząć piesze wędrówki. W samej Sapie na pewno warto odwiedzić Sapa Market- piękne, bardzo kolorowe i bardzo etniczne miejsce, można tu popróbować „ciekawego” jedzenia, nabyć oryginalne pamiątki a także autentyczne produkty „North face” za grosze ( wróciliśmy bogatsi o 4 plecaki, różnej wielkości, gore tex-ową kurtkę i polar:))Odkryliśmy też znakomitą restaurację „Red Gekon” , trudno tam może o miejsce ale jedzenie mają wyśmienite:)
CAT CAT VILLAGE  jest oddalona zaledwie 1 km od Sapa. Mieszka tam plemię BlacHmong i wioska jest zarówno malownicza ze względu na ludzi jak i krajobrazy. Tu pięcioletnie dziewczynki noszą na plecach rodzeństwo, barwnie poubierane ( i niesamowicie brudne) dzieciaki gonią się nawzajem po polach ryżowych. Prawie na każdej chałupie wywieszone są tradycyjne stroje, ręcznie wyszywane dywaniki i torebki na sprzedaż. Dzieci ograbiwszy nas już ze wszystkich cukierków biegną za kolejnym turystą, wołając „BON, BON, Money, Money? Bon, BON!”.
BACHA MARKET  oddalony od Sapy 100 km jest jeszcze bardziej malowniczy niz Cat cat Village. Co niedzielę spotykają się tu okoliczne plemiona ( Flower H’mong, Phu La, Black Dao, Tay and Nung ) aby wymieniać się towarami ale i spotkać swoją „drugą połowkę”. Kupić tu można wszystko; ubrania, zabawki, nalewkę z węża, trzcinę cukrową, bawoły:) Na miejsce docieramy rozklekotanym autobusem a nasz przewodnik śpiewa nam ludowe pieśni dla zabicia czasu ( bardzo się biedak starał zapracować na napiwek, cytuję ” wy móc przed ślubem BUM BUM a ja mieć dziewczyna i nie móc. Ja musieć kupić bawół przed ślub!!! Nie ma bawół, nie ma BUM BUM!) Po południu zwiedzamy kolejne wioski ( zero kuchni,zero ogrzewania, tuziny taplających się w błocku dzieci) i wracamy do Sapa.
MA TRA i THA PIN VILLAGES  wioski oddalone są o jakieś 10 km od Sapa. Do Ma tra dojechaliśmy skuterkiem i stamtąd rozpoczęliśmy całodzienną wędrówkę. Tha Pin jest zamieszkiwane przez plemię Red Dao, które jak wszyscy w tych okolicach żyje ze sprzedaży ręcznie wyszywanych dywaników, ubrań, rzeźbionych ozdób. Gdy tylko dochodzimy do wioski oblega nas stadko kobiet zachwalających swoje wyroby. Gdy grzecznie dziękujemy zostają tylko dwie. Kobiety opowiadają nam o swoich rodzinach, stylu życia . Są bardzo przyjazne i zaskakująco dobrze mówią po angielsku. Jedna zaprasza nas do swojego domu. Przeszkoleni przez dzieci w Cat cat przybywamy do wioski z Dwoma plecakami słodyczy. Dzieci biorą cukierki garściami, pakują po kieszeniach , do spódnic. Jeden chłopczyk ( na oko 4 lata) po wypełnieniu kieszeni z braku miejsca ładuje opakowane słodycze do buzi i bierze kolejne:) W Tha Pin znajduje się niesamowita jaskinia, za 20 VND zostajemy po niej „oprowadzani ” przez wiejską babcinkę. Sama nie wiem co bardziej podziwiałam jaskinię czy naszą staruszkę ,szliśmy na kolanach, czołgaliśmy się , wspinaliśmy po drabinach, przeciskaliśmy przez szczeliny. Babcinka trzeba przyznać miała kondycje.
DROGA Z SAPA DO BINH LU  uznawana jest za jedną z najpiękniejszych tras widokowych w tym rejonie, na nas nie zrobiła jednak szczególnego wrażenia, no może poza Silver Waterfall – bardzo ładnym i dość sporym wodospadem.
Ogólnie,  mimo początkowo fatalnej pogody wyjazd do Sapy uznaliśmy za bardzo udany. Żałowaliśmy jedynie, że nie wybraliśmy się tu w sierpniu. Według miejscowych to w porze żniw Sapa jest najpiękniejsza:)